Archiwum dla marzec, 2008

Osuszałem włosy chusteczkami

Długo nic nie pisałem. Dość już notek abstrakcyjnych, zebrałem się do kupy, kupy nic nie ruszy. Podjąłem bohaterską walkę z nudą i rutyną. Jej skutki – różne bywają.

Wybrałem się na Magnificon (dla niewiedzących: konwent fanów anime i mangi). Pojechałem autobusem linii 184 z przesiadką w tramwaj linii 22. Ujrzałem długą kolejkę najróżniejszej maści fanów, emo, j-rockowców, oraz zwykłych widzów hentai. Otrzymałem też dwie agrafki (dziękuję, Michaś).

Ale cóż począć, gdy nie mieliśmy rezerwacji, gdy miało być 150 jednodniowych wejściówek, a było 50, gdy ludzie się wpychali drzwiami i oknami, gdy… Gorycz. Szybko okazało się, że Niewpuszczeni to ludzie obrotni. Trzy jednostki szczególne kupiły w Carrefourze: jeden grill żelazny, dwa krzesła ogrodowe rozkładane, jeden worek brykietów, jedną zgrzewkę kiełbasy wiejskiej prefabrykowanej. Jako że padało mocno, grill rozpalono pod parasolem. Pod parasolem rozłożono również laptopa z muzyką.

Niestety, źli ludzie z ochrony powiedzieli, że Niewpuszczeni zadymiają ludzi z rezerwacjami, toteż owa obrotna trójka przeniosła się na drugą stronę jezdni. Ale – co gorsza – przyjechała policja i musieli oni uciekać z: jednym grillem żelaznym, dwoma krzesłami ogrodowymi rozkładanymi, jednym workiem brykietów (napoczętym) i jedną zgrzewką kiełbasy wiejskiej prefabrykowanej (napoczętą).

Potem udaliśmy się do – najprawdopodobniej nieistniejącego – znajomego znajomego Michasia, niejakiego Świni. Marna była jego chałupina, opisu Wam, drodzy czytelnicy, oszczędzę. Dość że wróciliśmy pod budynek (Solvay) bardziej zmoknięci, niż byliśmy.

I nadszedł czas na powrót. W drodze osuszałem włosy chusteczkami. Było świetnie.

PS. Zgasiliście światła?

Komentarze (6)

Dziady na wsi A.Mickiewicz

Jeden z najcięższych tygodni od początku roku. Ogólny brak czasu. Zmęczenie. Senność. Brak powietrza. Brak czasu na życie, brak czasu nawet na naukę (sic!). Cel: wstęp do liceum, w którym dalej męczył się będę jak wół. Nie wiem czy to ma sens. A potem praca, praca, praca. Potem siedemdziesiątka, trochę emerytury i zdychaj.

W czwartek koniec tych żałosnych cierpień młodego komucha w sojuszu z Systemem. Azaliż nie obiecywałem snadnie pofolgować potem sobie? To uczyniłem. Niemniej jednak na razie resuscytacja i rumień zakaźny. Dai ut ia pobrusa ale poziwat też chcę!

Dziś pewien sukces na olimpiadzie z historii. Nie wdajmy się tu jednak w nieciekawe szczegóły. Opuściłem salę z zadowoleniem. Ubrałem się w swoją wcale uroczą kurtkę, zarzuciłem plecak i udałem w poszukiwaniu miejsca siedzącego. Znalazłem je w końcu na – tu ubolewam – nasłonecznionym parapecie, w pobliżu sympatycznego napisu “H*J”.  Pogrążyłem się w myślach, które od kilku już dni nie były fantazjami, od których zawłosiają się przestrzenie międzypalcowe, ale chaotycznym kalejdoskopem Dzierżykraja i Skarbimira.

O Skarbimirze bezlitosny, niecny wojewodo, łobuzie ty jeden… gdzie panienki?! Nie rżnij mi tu głupa, czekam na tłumaczenia. Ale Skarbimir umarł, biedny Skarbimir, Skarbimira pochowałem z czcią i wdzięczną pamięcią, Skarbimirowi skromną statuę postawiłem.

Skąd Litwini wracali?

Aa!!

Dziś nie ma czasu na spanie. I jutro nań go nie ma. A w swoim osobliwym cierpieniu jestem osamotniony. Tylko ja i Skarbimir łobuz. Smutno mi Boże. A kysz! A kysz!

Komentarze (3)