Wakacje się zaczęły kiedyś. Korzystam, nie da się ukryć. Żyję, ale i tak czuję, że mi się życie wymyka spomiędzy palców. Domówki u Michasia, koncerty (Krowa, Head Up High i Purple Haze – było bosko; pamiętajcie drogie dzieci, że jak chcecie się bawić w pogo to nie bierzecie okularów słonecznych, OK?). Nagle wszyscy się zmęczyli i już im się nie chce. A ja czuję niedosyt.
Skończyłem szkołę. Jak było – zdawałem relację Wam na bieżąco; będąc szczęśliwym absolwentem, grono pedagogiczne nie musi dbać o to, bym właściwie realizował katolicką linię wychowawczą szkoły. A zatem pozwolę sobie przytoczyć świetną dygresję z książki “Poczet cesarzy bizantyjskich” A.Krawczuka (dygresja pochodzi z opisu panowania cesarza Justyniana, poza tym bez strachu, a do rzeczy).
“(…) O zbrodniach wszakże Nerona oraz jego pogańskich następców wie każdy, o Justynianowych zaś praktycznie biorąc nikt. Podobnie jak o milionach i milionach ofiar religijnej żarliwości czy też religijnego opętania wszelkich arcychrześcijańskich władców w arcychrześcijańskiej Europie. Toteż kiedy przegląda się podręczniki historii i spotyka wciąż dziwne przemilczenia w tym zakresie, nasuwa się nieodparcie taki wniosek:
Jeśli prześladuje chrześcijanin – i to nawet chrześcijan! – bywa to zapominane czy wręcz wybaczane. Zapewne dlatego, że zabijał z powodów szlachetnych. Natomiast sytuacja odwrotna, kiedy prześladowca nie jest chrześcijaninem, wywołuje tylko potępienie, takich zbrodni nigdy się nie zapomina i nigdy nie darowuje. Słusznie – pod warunkiem, że tak samo nie będzie się przemilczało przestępstw popełnianych w imię religii. Nie wolno nigdy i w żadnym wypadku stosować zasady podwójnej moralności, to mści się zawsze okrutnie.
Jak by osądzał wierzenia i postępowanie ludzkości przybysz z kosmosu? Rozumny i sprawiedliwy, a oceniający wszystkie zjawiska obiektywnie i z dystansu, nie według tego co religie o sobie głoszą i za co się uznają, lecz według ich owoców? Na miejscu najwyższym musiałby postawić tę, która nigdy się nie skalała krwią ludzką, nigdy nikogo nie prześladowała w imię swych ideałów, nigdy nikogo nie nawracała siłą; tę wreszcie, która uważa wszystkie istoty żywe za równouprawnione i jednakowo godne miłości, bo razem współcierpiące. I znalazłby taką – religię Buddy. (…)”
Prawda to. A, zapomniałbym dodać. Dziś zostałem posiadaczem gitary basowej.