Fioletowy blask latarni oszpecał jak co noc miasto. Jak co noc leżałem w swoim łóżku, nabierając oddechu, by następnego dnia znów wrócić do Jednakowości. Za oknem fioletowy śnieg. Wymknąłem się więc, by ujrzeć ów cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale. Miasto było martwe i piękne, właśnie podziwiało swoją śmierć. Ja również.
Wymknąłem się ze swojej klatki M3 – całkiem niezła, ale dla chomików – i udałem się na cmentarz, to jest park. Przebrnąłem wpław przez most i spojrzałem zasię. I zapadł nagle mrok przenikliwy i zasłonił mi widok przed oczyma.
Woda była czarna. Ale powstrzymałem się przed pragnieniem skoku, z owego mostku wydumanego, bo jakąż by nie była bezcelową moja podróż, wszystko co żyje, chce żyć. Ot, prymitywny zwierzęcy odruch. A ponoć chciałbym umrzeć młody i piękny. Bzdura to, rzekł Zygmunt Freud.
Jeszcze długo krążyłem po tym cmentarzysku drzew. Ciemno było. Cholernie ciemno. Zwaliłem się kłodzie podobny na ziemię. I posmakowałem jej. I ciężko się na rękach podniosłem. Tak, chcę odpocząć i odetchnąć. Ławkę widzę. Nie. Kształt, co przed mymi oczyma, żywym jest i ruchomym.
I ku mnie zmierza.
Niepokój. Czuję niepokój, bez powodu i bez celu, dziwny atak strachu, a samotny jestem całkiem. Gdziekolwiek. Jakkolwiek. Ławka się ku mnie o własnych siłach zbliża. Widzę i potwierdzam. A myślę, więc jestem, więc myślę ławkę, więc prawda to. No naciera na mnie zielona ławka parkowa.
Opamiętać się. Wytworzyć wrażenie siły. A moje imię czterdzieści i cztery. Amen.