Archiwum dla Uncategorized

DXM

Fioletowy blask latarni oszpecał jak co noc miasto. Jak co noc leżałem w swoim łóżku, nabierając oddechu, by następnego dnia znów wrócić do Jednakowości. Za oknem fioletowy śnieg. Wymknąłem się więc, by ujrzeć ów cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale. Miasto było martwe i piękne, właśnie podziwiało swoją śmierć. Ja również.

Wymknąłem się ze swojej klatki M3 – całkiem niezła, ale dla chomików – i udałem się na cmentarz, to jest park. Przebrnąłem wpław przez most i spojrzałem zasię. I zapadł nagle mrok przenikliwy i zasłonił mi widok przed oczyma.

Woda była czarna. Ale powstrzymałem się przed pragnieniem skoku, z owego mostku wydumanego, bo jakąż by nie była bezcelową moja podróż, wszystko co żyje, chce żyć. Ot, prymitywny zwierzęcy odruch. A ponoć chciałbym umrzeć młody i piękny. Bzdura to, rzekł Zygmunt Freud.

Jeszcze długo krążyłem po tym cmentarzysku drzew. Ciemno było. Cholernie ciemno.  Zwaliłem się kłodzie podobny na ziemię. I posmakowałem jej.  I ciężko się na rękach podniosłem. Tak, chcę odpocząć i odetchnąć. Ławkę widzę. Nie. Kształt, co przed mymi oczyma, żywym jest i ruchomym.

I ku mnie zmierza.

Niepokój. Czuję niepokój, bez powodu i bez celu, dziwny atak strachu, a samotny jestem całkiem. Gdziekolwiek. Jakkolwiek. Ławka się ku mnie o własnych siłach zbliża. Widzę i potwierdzam. A myślę, więc jestem, więc myślę ławkę, więc prawda to. No naciera na mnie zielona ławka parkowa.

Opamiętać się. Wytworzyć wrażenie siły. A moje imię czterdzieści i cztery. Amen.

Komentarze (3)

Wakacje?

Wakacje się zaczęły kiedyś. Korzystam, nie da się ukryć. Żyję, ale i tak czuję, że mi się życie wymyka spomiędzy palców. Domówki u Michasia, koncerty (Krowa, Head Up High i Purple Haze – było bosko; pamiętajcie drogie dzieci, że jak chcecie się bawić w pogo to nie bierzecie okularów słonecznych, OK?). Nagle wszyscy się zmęczyli i już im się nie chce. A ja czuję niedosyt.

Skończyłem szkołę. Jak było – zdawałem relację Wam na bieżąco; będąc szczęśliwym absolwentem, grono pedagogiczne nie musi dbać o to, bym właściwie realizował katolicką linię wychowawczą szkoły. A zatem pozwolę sobie przytoczyć świetną dygresję z książki “Poczet cesarzy bizantyjskich” A.Krawczuka (dygresja pochodzi z opisu panowania cesarza Justyniana, poza tym bez strachu, a do rzeczy).

“(…) O zbrodniach wszakże Nerona oraz jego pogańskich następców wie każdy, o Justynianowych zaś praktycznie biorąc nikt. Podobnie jak o milionach i milionach ofiar religijnej żarliwości czy też religijnego opętania wszelkich arcychrześcijańskich władców w arcychrześcijańskiej Europie. Toteż kiedy przegląda się podręczniki historii i spotyka wciąż dziwne przemilczenia w tym zakresie, nasuwa się nieodparcie taki wniosek:

Jeśli prześladuje chrześcijanin – i to nawet chrześcijan! – bywa to zapominane czy wręcz wybaczane. Zapewne dlatego, że zabijał z powodów szlachetnych. Natomiast sytuacja odwrotna, kiedy prześladowca nie jest chrześcijaninem, wywołuje tylko potępienie, takich zbrodni nigdy się nie zapomina i nigdy nie darowuje. Słusznie – pod warunkiem, że tak samo nie będzie się przemilczało przestępstw popełnianych w imię religii. Nie wolno nigdy i w żadnym wypadku stosować zasady podwójnej moralności, to mści się zawsze okrutnie.

Jak by osądzał wierzenia i postępowanie ludzkości przybysz z kosmosu? Rozumny i sprawiedliwy, a oceniający wszystkie zjawiska obiektywnie i z dystansu, nie według tego co religie o sobie głoszą i za co się uznają, lecz według ich owoców? Na miejscu najwyższym musiałby postawić tę, która nigdy się nie skalała krwią ludzką, nigdy nikogo nie prześladowała w imię swych ideałów, nigdy nikogo nie nawracała siłą; tę wreszcie, która uważa wszystkie istoty żywe za równouprawnione i jednakowo godne miłości, bo razem współcierpiące. I znalazłby taką – religię Buddy. (…)”

Prawda to. A, zapomniałbym dodać. Dziś zostałem posiadaczem gitary basowej.

Komentarze (2)

88 mil od domu

Dawno nie pisałem. Czas, życie, zajęcia, brak chęci, brak sił. Różnie bywało. Publikuję me krótkie i z całą świadomością grafomańskie wypociny do przeczytania i może dogłębnej krytyki, jeśli komuś by się chciało. Koniec celebracji lenistwa, do rzeczy!

Było w zasadzie dość wcześnie, ale panował już listopadowy półmrok, potęgowany przez korony drzew zwieszające się nad prosto biegnącą szosą. Ta była z obu stron objęta niepłytkimi rowami, potem zaś był tylko las. Las? Ach, cóż za marne słowo! Puszcza, wspaniała, dzika puszcza, pamiętająca czasy przedhistoryczne, majestatyczna, groźna, tajemnicza, potężna, choć była jedynie resztką potęgi, jaką drzewiej stanowiła. Zza rowów spoglądała z niechęcią na owo wtrącenie ludzkie, jakim była droga.

Gdybym wędrował był tamtędy o innej porze byłbym pewny i ślepy jak prosta szosa, którą zdążałem. Powoli jednak zapadała ciemność, złowrogim lasom nie było końca i z zarośli zaczynały spoglądać miliony niewidocznych oczu. Czy było cicho? Cisza by mnie uspokoiła, tak jak uczyniłby to gwar głosów ludzkich. Ale – o nie! – knieje rozbrzmiewały dźwiękiem nadprzyrodzonej gędźby, a cykady i świerszcze grały surrealistyczny koncert na powitanie siedmiu jeźdźców, którzy zaraz mieli wyjść z piekieł i zebrać żniwo. Szedłem powoli, rozglądając się (wiedziałem, że to tylko rozbudzi wyobraźnie i wyolbrzymi strach), z chlebakiem na jednym ramieniu i duszą na drugim.

Spotykałem czasami niewielkie polanki pokryte kolczastymi krzewami tarniny. Polany zachwycają, dają nadzieję, bywają miejscami cudownymi… Nie tym razem. Nic tam po mnie, płożące się krzaki nie dozwolą wejść, zresztą byle do celu!

I po długim czasie napotkałem kolejną łysinę w nieprzemierzonych połaciach lasu. Wydawała się być jednak inna od pozostałych. Nie bez przyczyny, wkrótce bowiem na poboczu szosy pojawiły się stare płyty chodnikowe, zniszczone, połamane, zarośnięte mchem i tarniną. Pierwszy napotkany ślad ludzkiej dłoni miast uśmierzyć strach, nasilił jeszcze grozę, jak każde miejsce opuszczone przez człowieka. Zacząłem jeszcze baczniej obserwować okolicę i wśród przydrożnych zarośli pojawił się niski i długi barak, pozbawiony już wszystkich okien, drzwi i tablic informacyjnych. Panowała nieprzyjemna, postindustrialna atmosfera; tajemniczość opuszczonej fabryki. Nie byłem ciekaw tego, co kryło wnętrze baraku, nie był on w żaden sposób wyjątkowy, nie rozpocząłem eksploracji… Nie tym razem. Nic tam po mnie, coś mnie nagli – przed siebie! – byle do celu!

Ale za polaną była kolejna polana, i kolejna, i jeszcze następne. Tajemnicze piękno natury ustąpiło złowrogiej brzydocie opuszczonych dzieł ludzkich. Pozostałe tabliczki mówiły niejasno: Niebezpieczeństwo! Uwaga! Zagrożenie zdrowia i życia! Po prawdzie obeszłoby się i bez nich, tak wymowny był klimat tych miejsc. Puste baraki pojawiały się jeszcze kilka razy, ale na którejś straszliwej polance z kolei był jedynie niewielki budyneczek otoczony przemysłowym orurowaniem. Do czego ono służyło? Nie wiem niczego na pewno (wybaczcie mi mą ignorancję!), ale sądząc po ukrytych wokół w ziemi żółtych grudach siarki, mogłem przypuszczać, że miało coś wspólnego z jej wydobyciem. Całe opuszczone otoczenie rozświetlał – ni stąd, ni zowąd – włączony reflektor na ścianie budynku, który dziwił i straszył w tym niesamowitym miejscu. Światło to bez wątpienia ślad niedawnego pobytu człowieka – myślałem – ale kogóż, tu, na pustkowiu?

W końcu przełamałem strach. Przekroczyłem próg wiecznie otwartych, skorodowanych drzwi i ujrzałem wielki nieład, tak typowy dla opuszczonych wnętrz. Nic jednak – na pierwszy rzut oka – strasznego czy nietypowego. Przeszedłem uspokojony do następnego pomieszczenia.

Skomplikowana aparatura pomiarowa, orurowanie, zawory – oto co zwróciło mą uwagę jako pierwsze. Wtem zbladłem i stanąłem jak sparaliżowany. Oto w kącie leżało na plecach ludzkie ciało. Niestare, bo nie wydzielało zapachu, ale pokryte brudem i kurzem. Był to robotnik, sądząc po kasku na głowie, ale wydało mi się to nieprawdopodobne. Wygląd budynków świadczył, że kopalnia (domyślam się, że tym był ów zakład) była nieczynna od około 10 lat! Co począć? Uciec! Dokąd? Do domu! Kiedy? Ciemna, straszna noc w ciemnym, strasznym lesie! Ach… muszę się opanować…

Wyszedłem z makabrycznego domku tylnymi drzwiami. Ale zamiast ulgi… Trupy! Kilka ludzkich ciał, podobnie świeżych jak poprzednie. Trzy… pięć… To ponad mnie, już wcześniej powinienem był uciec. Och, byle do celu! Biegłem na oślep, przez gęstą trawę, ale wcale niedługo, bo niedługo poczułem wilgoć pod stopami. Zaraz przede mną rozciągało się cuchnące, siarkowe bajoro. Trudno, zostałem zmuszony do obejścia go naokoło. Starałem się czynić to z całą uwagą i ostrożnością. I wtedy spostrzegłem kolejne ciało. Moje nozdrza dobiegł odurzający zapach siarki. To dzieło Szatana! Zawroty w głowy, nudności, zbierało mi się na wymioty… Czas urwać tą chorą narrację… Byle do celu!… Nie wiem…

Komentarze (3)

Hej.

Z nudów postanowiłem założyć bloga, więc będę tu wrzucał różne dziwne rzeczy mojego autorstwa. Będą bardziej lub mniej mądre, nie istotne. W każdym razie postaram się pisać regularnie o najróżniejszych rzeczach, choć głównie o językach, Słowianach, no i różnych epizodach z życia wziętych. A więcej mi się nie chce już pisać.

Komentarze (2)